srp

Źródło: Dziennik Polski / Magazyny | Pejzaż rodzinny   2009.07.04 06:00

U Pana Cogito

 

Pokojowe i kucharki, ogrodnicy, kelnerzy, recepcjoniści - niemal wyłącznie chorzy na schizofrenię, albo dotknięci innymi psychozami

Na pierwszy rzut oka nic go nie odróżnia od innych pensjonatów: wysoki standard, ładne wnętrza, znośne ceny. Naprawdę trudno domyślić się, że większość obsługi - to osoby po kryzysach psychicznych. Dla gości to bez znaczenia; im - praca pozwala odzyskać równowagę.


- To nośnik nadziei. Symbol szybkiego dochodzenia do zdrowia; pokonywania uprzedzeń, stereotypów i mitów, którymi przez lata obrosła schizofrenia - nie ma wątpliwości dr Andrzej Cechnicki, psychiatra z Collegium Medicum UJ, a zarazem wiceprzewodniczący Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Psychiatrii i Opieki Środowiskowej. Dzięki jego staraniom w 2003 r. powstał Zakład Aktywności Zawodowej - w formie pensjonatu. Nazwano go "U Pana Cogito". Mieści się w neorenesansowym budyneczku, ledwie kilka kroków od Rynku Dębnickiego. Ludzie z chorą psychiką zawsze pozostawali na marginesie rynku pracy.
- Przede wszystkim za sprawą powszechnej opinii, że nie są najlepszymi pracownikami. Że przez chorobę odzwyczajają się od tej roli - tłumaczy Agnieszka Lewonowska-Banach, kierowniczka pensjonatu "U Pana Cogito". - I niewiele się w tej kwestii zmienia. Wciąż osoby niewidzące, niesłyszące czy na wózkach mają większe szanse na znalezienie zatrudnienia niż chorzy psychicznie.
Zwykle więc scenariusz bywa taki: cztery ściany domu, coraz głębsza depresja, wreszcie zupełne wyalienowanie ze środowiska. I co jakiś czas Szpital Babińskiego.
Praca w pensjonacie ma temu zapobiec.
Wzięły go pod skrzydła: Stowarzyszenie Rodzin "Zdrowie Psychiczne" oraz Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju Psychiatrii i Opieki Środowiskowej - oba z Krakowa. Budynek w stanie ruiny użyczyło miasto; remont trwał dwa lata. Chętnych do pracy było wielu; wybrano najlepiej przygotowanych - piętnastu chorych.
Wzorem dla nich stał się pensjonat "Six Mary's Place" w Edynburgu, ale podobnych firm społecznych, m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech i Holandii działało wtedy od dawna wiele. W Polsce byli pionierami.
Nie wiedzieli, czy sobie poradzą, ale nie przez niewiarę w pracowników. Nie było pewności, czy uda się im odnaleźć w branży hotelarskiej. Aby prowadzić rehabilitację, przede wszystkim musieli utrzymać się na rynku.
Barbara - okulary, uśmiech na twarzy.
Pracownica pensjonatu od 2005 r., kelnerka i pomoc kuchenna. Przedtem przez 7 lat zdawało się jej, że żyje na świecie sama: otoczona szatanami; przywidzenia brała za prawdę. Lekarze nie mieli wątpliwości: schizofrenia paranoidalna. Jednak o chorobie nie chce się rozwodzić.
Mówi tylko: - Nikomu nie życzę, by miał okazję przekonać się, jakie to męczarnie...
Pół roku szpitala, leki, potem terapia zajęciowa; odżyła skrywana dotąd potrzeba normalności. Dowiedziała się o pensjonacie, postanowiła spróbować.
Teraz myje garnki albo usługuje klientom restauracji: - To była dla mnie zupełnie nowa sytuacja, musiałam się wszystkiego nauczyć. Stopniowo, w miarę upływu czasu, czułam się coraz pewniej; starałam się obsługiwać gości, jak najlepiej potrafię.
Ostatni raz choroba nasiliła się trzy lata temu, na krótko. Stan, którego nie życzy nikomu. Ale bez pracy mogłoby być z nią dużo gorzej. A tak, wkrótce zrobi nawet maturę.
Czternaście pokojów,  restauracja, sala konferencyjna; kameralna, stylowa willa z 1890 r. Ogród pełen róż. Blisko stąd na Wawel, do Rynku Głównego i nad Wisłę. Przyjechać może każdy.
Goście są różni: dużo z zagranicy - dotychczas połowa wszystkich; nieco biznesmenów, sporo zwykłych turystów. A w restauracji uroczystości rodzinne: chrzciny, wesela, komunie.
Spośród trzydziestu pracowników dwie trzecie - to osoby z dolegliwościami psychicznymi. Czasem rozmawiają między sobą o chorobie, komentują, dzielą się przeżyciami. Czasem śmieją z tego wszystkiego, choć wcale im nie do śmiechu. Czasem lubią pogadać o życiu - po ludzku.
"Piekło w umyśle" - tak mówią o schizofrenii.
Więc są tu po kryzysach i pokojowe, i kuchenne; ogrodnicy, kelnerzy i recepcjoniści też. I to obu płci. Niemal wyłącznie chorzy na schizofrenię, albo dotknięci innymi psychozami. Bo przecież schizofrenia niejedno ma imię. Ale nikt tu nikogo tym nie epatuje.
Agnieszka Lewonowska-Banach: - Osoby chorujące są u nas na pierwszym froncie, ale ich choroby na pierwszym froncie nie ma. Choć, gdy gość zapyta, nic nie ukrywamy.
Nie zdarzyło się, by ktoś uświadomiony ostentacyjnie wyniósł się z pensjonatu. Przeciwnie, goście mówią wprost: że doskonała tu atmosfera - rodzinna; że dobrze się czują; że profesjonalna obsługa i smaczne jedzenie.
Jak w domu.
Renata - uśmiechnięta, nieco przestraszona.
Mówi powoli, waży słowa. Także pomaga w kuchni. Ponad 10 lat temu studentce AGH zawalił się świat: przeżyła śmierć ojca, krótko potem dziadka. Na co dzień na lekach, cztery razy lądowała w szpitalu psychiatrycznym.
Diagnoza lekarska: zaburzenia urojeniowo-omamowe.
Na rencie miałaby w perspektywie wegetację, a nie sensowne życie; stan zdrowia nie pozwalał podjąć normalnej pracy. Pracodawcy boją się przecież takich, jak ona - to wie na pewno.
Teraz stoi przy zmywaku w kuchni; przygotowuje też sałatki, parzy herbatę i kawę. Boi się tłumu, więc jeszcze nie może kelnerować. Ale pracuje nad tym: na wszystko przyjdzie czas...
Wcześniej musiała nauczyć się układania sztućców, gotowania, podejścia do klienta. Dla Renaty to także były nowe doświadczenia.
Każdy z nich musiał zaliczyć kurs albo staż.
Pamięta doskonale pierwszy dzień w pracy: - Poczułam się ważną osobą, dowartościowaną tym, że ktoś dał mi szansę. Zrozumiałam, że zaczynam nowe życie. Gdyby nie to, ciężko byłoby mi utrzymać mieszkanie, pewnie zamknęłabym się w sobie, odizolowała od ludzi.
Podobnie mógłby powiedzieć każdy pracownik. Każdy przez to przechodził.
Na schizofrenię choruje w Polsce ok. 400 tys. osób, na wszelakie psychozy - ok. miliona. Wielu chorych klei znaczki lub składa długopisy w zamknięciu. I to niby ma im pomóc, to niby ma być praca.
A tu chorzy, a właściwie chorujący - bo życie składa się przecież z kryzysów i reemisji choroby - wszystko sobie chwalą. Dostają normalne pensje; choć niewysokie - wraz z rentami pozwalają godnie żyć. Do tego wsparcie na rehabilitację, zakup leków, itp. Czuwają nad nimi lekarze, terapeuci, pielęgniarka: wszak trzeba wychwycić w zalążku objawy nawrotu choroby, a u każdego są inne. Nikt nie robi trudności, gdy muszą iść na zwolnienie, nawet kilkumiesięczne. Wręcz się im to sugeruje, choć nikogo na zastępstwo przyjąć nie można - takie przepisy rządzą ZAZ-ami. Nadgodzinami obciąża się zdrowych.
Jak w żadnej innej pracy brak tu zawiści, zazdrości; nikt nie dybie na potknięcie drugiego. - Wszyscy jesteśmy ludźmi z problemami, wszyscy dużo przeszliśmy. Bardziej potrzebujemy wzajemnego wsparcia niż podkopywania siebie nawzajem - uważa Renata.
"U Pana Cogito" łatwiej wrócić do normalności.
Niektórzy, choć niewielu, uwierzyli w swe siły: znaleźli pracę na wolnym rynku, nie tylko w tej branży. Innym choroba uniemożliwiła pracę nawet w hoteliku; trzeba im było szukać następców. Przez pensjonat przewinęło się dotąd ok. 40 chorych. Sprawdzili się wszyscy.
Barbara mówi tak: - To totalna bzdura, że jesteśmy gorszymi pracownikami. Kiedy choroba się nasila przechodzimy koszmar, potem więc cieszymy się każdą chwilą; wszystko chcemy robić najlepiej jak się da.
Tylko że czasem trzeba im pomóc. Gdy w życiu coś się dzieje, gdy są smutni, gdy źle im idzie sprzątanie czy ścielenie łóżek. Niekiedy więc nawet kierowniczka musi zaparzyć kawę lub zrobić śniadanie, choć gotować już się jej nie zdarza. Gorzej dysponowanym ujmuje się obowiązków.
To nie prywatna firma, więc nie chodzi o powiększanie zysków. Gdy sezon kiepski, trzeba sobie jakoś radzić; zwykle jednak udaje się wyjść przynajmniej na zero.
Nadwyżka nie trafia do niczyjej kieszeni - jak w zakładach pracy chronionej, lecz na fundusz rehabilitacyjny dla pracowników. Stąd ta pomoc dla nich, gdy są w kryzysach.
Jednak odkąd podjęli pracę, u wszystkich te kryzysy jakby zdarzały się rzadziej. To widać na pierwszy rzut oka: praca zmienia ludzi. - I pod względem wyglądu, bo bardziej dbają o siebie, i pod względem społecznym - bo mają lepsze niż dotąd kompetencje - podkreśla Agnieszka Lewonowska-Banach.
Pierwszą osobę udało się wysłać na emeryturę; to cieszy - że dotrwała. Chorzy wcześniej się starzeją, wcześniej tracą siły. Niszczy ich choroba, leki, stres...
Oswoili się ze schizofrenią.
Barbara: - Choroby się nie wstydzę, w niczym mi ona nie umniejsza. A przez to, że tu pracuję, poznałam wspaniałych ludzi; czuję się potrzebna.
Renata: - Wzmocniłam się psychicznie, jestem odważniejsza.
Nie mogliby żyć bez pracy, bez pensjonatu.
A takich jak ten - "U Pana Cogito", przybywa. Niedawno powstał drugi w Krakowie; są także w Łódzkiem i na Mazurach. I też odnoszą sukcesy.
A to dowód, że chorzy jak oni wcale nie są straceni; że gdy poda się im pomocną dłoń, nie muszą być gorsi od innych, od ludzi zupełnie zdrowych.
I że jak Pan Cogito - ten z poezji Herberta, a nie, jak wciąż sądzą niektórzy: właściciel pensjonatu - potrafią iść przez życie z podniesioną głową.
To cała "filozofia inności".
Dr Andrzej Cechnicki: - Przez lata ludzie ci żyli z piętnem, naznaczeni. Uważano ich za dziwaków - dziwacznie ubranych i mówiących coś do siebie. Musieli zmagać się nie tylko z chorobą, ale także ze stosunkiem bliskich, otoczenia, pracodawców. My zbudowaliśmy normalność.
PIOTR SUBIK

 

**************************************************************************************

Źródło: Charaktery, styczeń 2008, s. 52-55.

 

NIEwidzialni LUDZIE


 

Jak rozmawiać z osobą chorującą psychicznie? Czego się w niej lękamy? Jak opowiadać o doświadczeniu psychozy? Na czym polegają iluzje klinicystów? Jak nie pomylić niegrzeczności z cierpieniem, złego zachowania z chorobą? O tym, jak zrozumieć osoby chorujące psychicznie opowiada   dr ANDRZEJ CECHNICKI.

 

DOROTA KRZEMIONKA: - Co czwarty Polak ma jakiś problem ze zdrowiem psychicznym. Szacuje się, że w Polsce żyje milion ludzi, którzy przeżyli psychozę. Milion ludzi! Niewiele o nich wiemy...

 

ANDRZEJ CECHNICKI: - To prawda. Chorzy psychicznie są dla większości ludzi niewidzialni. Niewidzialni i niezrozumiani. Nie pojawiają się w przestrzeni publicznej, jesteśmy mediach. W kolorowych czasopismach nie pisze się o ich problemach, o barierach, na jakie napotykają, i o tym, jak je pokonywać - najlepiej z ich własnym udziałem. Nie jesteśmy gotowi słuchać ich głosu, ich doświadczeń. Żyją na marginesie.

 

Nie jesteśmy gotowi słuchać ich głosu, bo reagujemy na chorych ogromnym lękiem. Nieuzasadnionym. Chorzy nie zagrażają nam. Skąd, więc ten lęk?

 

- Po pierwsze, obawiamy się utraty kontroli. Jest w nas potrzeba kontroli - ciągłej, czasem nadmiernej. A z drugiej strony, doświadczamy czasem chaosu, utraty tej kontroli i lęku przed jej utratą. Każdy nosi to w sobie. Chory psychicznie uzmysławia nam, że to jest ludzkie doświadczenie. To wywołuje w nas rezonans. Druga przyczyna lęku, to niezrozumienie. Osoba chorująca przeżywa coś niezrozumiałego, odległego od codziennego doświadczenia. Jeśli śnimy, że przenosimy się w czasie, rozmawiamy z Matką Boską, to po przebudzeniu wiemy, że to tylko sen. A tu nagle ktoś doświadcza podobnych przeżyć na jawie.

 

Chorzy psychicznie są niezrozumiani, bo nie rozumieją siebie...

 

- Tak i najpierw trzeba im pomóc zrozumieć siebie. Uporządkować ten chaos przeżyć, oddzielić to, co jest w nich rzeczywiste, od tego, co nierzeczywiste. Trzeba wsłuchać się w historię ich przeżyć. Bo tylko w dialogu, w bezpiecznym klimacie można opowiedzieć historię utraty własnego „ja", poczucia braku wpływu na własne życie, poczucia przytłoczenia zewnętrznym światem, przeżyciami nie z tej ziemi. Osoba, która ich doświadcza i jej otoczenie są zaskoczeni, nie wiedzą jak reagować.

 

Ale jak można zrozumieć ten niezrozumiały świat, w którym chory zdaje się być zamknięty?

 

- Krąg psychoz, nazywany w skrócie „schizofrenią", był i jest symbolem choroby, której towarzyszy niezrozumienie. Kiedyś mówiono o niemożliwości wczucia się. Terapeuta towarzyszący osobie chorującej miał poczucie, że stoi za szklaną szybą i nie mógł doświadczyć emocjonalnego, empatycznego współbrzmienia z nią. A Freud nie mógł doświadczyć przeniesienia. Potem terapeuci przekonywali się, że to przeniesienie było tak potężne, że aż oślepiało. I uczyli się, że trzeba odczytywać wypowiedzi i zachowania nie w sposób dosłowny. Towarzysząc choremu, zaczynamy rozumieć to niezrozumiałe. Poprzez porządkowanie przeżyć, odkrywamy wspólnie ich ukryty sens. To się nie dzieje od razu. Po trzydziestu latach pracy z chorymi psychicznie wiem, że w człowieku jest zawsze to zdrowe „ja" i można do niego się odwoływać. Tylko trzeba mieć czas na rozmowę. Zdarza się, że karetki pogotowia przywożą osoby w pasach. Rozmawiamy, budujemy zaufanie, pijemy herbatę, pasy znikają. I chory decyduje się na dobrowolne pozostanie w szpitalu. Albo mówi: „Nie jestem pewny, czy jest tak, jak mówisz, ja to przeżywam inaczej, ale jeśli ty mi dajesz ten lek, to ja go wezmę dla ciebie, choć myślę, że to może jest trucizna". Bo ufa mi. Najpierw poprzez słuchanie następuje zrozumienie. Potem z jeszcze większym wysiłkiem trzeba szukać przyczyny albo związku między tym, co człowiek przeżywa a jego historią życia, różnymi wydarzeniami, które na te przeżycia miały wpływ.

 

Czy chodzi o jakieś specyficzne wydarzenia?

 

- Nie, chodzi o tak zwany stres życia. Wszyscy go doświadczamy. Doświadczamy rozluźnienia związku, poplątania, samotności w relacjach, nieumiejętności radzenia sobie ze stresem, traumy związanej z utratami. Niemożności wyrażenia siebie, spełnienia w różnych rolach, wejścia w różne związki, podjęcia pracy, udziału w tym wyścigu szczurów. Ale dla chorych psychicznie jest to szczególnie trudne, bo nie nabyli oni kompetencji potrzebnych do uczestniczenia w tej grze, w dwuznacznościach świata. Nie są wyposażeni w umiejętności radzenia sobie - i są bezbronni. Wymagania życia trafiają u nich na większą wrażliwość, na dyspozycję do zranienia stresem. Na te same zdarzenia reagują większym lękiem, niepokojem, chaosem, skrajną zmiennością nastroju i narastającym przekonaniem, że to, co płynie ze świata, jest zagrażające. W relacji z terapeutą, do którego mają zaufanie, którego spojrzenia nie obawiają się, i w poczuciu bezpieczeństwa, mają szansę na zrozumienie siebie. Budują wobec tych przeżyć odpowiedni dystans i znajdują język do opowiedzenia o swych przeżyciach innym.

 

W ten sposób dochodzi do zmiany nastawienia społecznego. Tylko jak opowiadać taką historię, jak doświadczenie psychozy?

 

- Wielką sztuką jest opowiadać to tak, żeby nie przestraszyć, nie epatować niezwykłością, heroizmem. Historia chorowania często jest pokazywana z perspektywy błędnego kota ofiary i sprawcy. Trudniej jest opowiadać o niej jako o prostej historii zmagania się z wyzwaniem choroby, z próbą jej zrozumienia, z codziennością życia, z częstą pomocą najbliższych lub z ich niezrozumieniem. O tym, jak chory z mozołem odzyskuje rozumienie siebie, porządek wewnętrzny i wpływ na własne życie i na chorowanie. Jeśli to się zdarzy, to część z tych osób podejmuje się misji publicznej - i potrafi o swej historii opowiedzieć. Ci, którym najlepiej się udało pokonać chorobę, wolą milczeć. Można to zrozumieć. Jeśli prowadzą kancelarię adwokacką, nie chcą opowiadać mediom o tym, jak byli po drugiej stronie lustra i jak pokonali schizofrenię. Opinia publiczna nie zna wielu ich historii. Znają je psychiatrzy - i cieszą się ich sukcesami. Gdy widzą swego księdza w parafii, który chorował psychicznie, to nie drgnie im powieka na jego widok.

 

Media mają ogromną rolę w kształtowaniu wiedzy a chorobie psychicznej.

 

- Tak. Około 20 procent osób dowiaduje się o chorobie psychicznej z mediów. Jest tam wielu wspaniałych ludzi, którzy robią dobre audycje i wykazują się wrażliwością. Niestety, zbyt często media karmią nas też spektakularnymi i dramatycznymi historiami. Mylą osoby chorujące psychicznie z osobami o zaburzonej osobowości. W ten sposób kształtują opinię, że chorzy są agresywni. Tak naprawdę, eśli wieczorem na ulicy ktoś nas zaatakuje, zabierze nam komórkę, przystawi nóż czy pobije, to na pewno nie będzie to chory psychicznie. Osoby chorujące psychicznie zachowują się czasem agresywnie, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy mają ostry kryzys psychiczny i gdy sytuacja między chorym a jego otoczeniem tak się zapętla, że przeżywają dramatyczny lęk i zagrożenie. I zdarza się, że z tego lęku i poczucia zagrożenia rodzi się agresja.

 

Często dotyczy ona najbliższych osób...

 

- Tak, bo w tych relacjach trudno zachować tak zwany optymalny dystans, nie być za bardzo intruzywnym. Łatwo pomylić cierpienie z niegrzecznością, chorobę wziąć za złe zachowanie. I trudno nie brać tych rzeczy do siebie. Tymczasem w doświadczeniach chorych psychicznie - tak jak w przeżyciach sennych - nie ma relacji przyczynowo-skutkowych. Tam ujawniają się żale, krzywdy, zranienia, które są odległe, mają często nieadekwatnych adresatów.

 

Ale jak to udźwignąć, gdy ukochany mąż atakuje nas z pretensjami?

 

- To jest sztuką. Trzeba przyjąć to tak jak terapeuta. Jeśli pacjent z żalem, złością i agresją do niego wybucha, to terapeuta wie, że bierze na siebie zranienia, które nie dotyczą go bezpośrednio. Lepiej, gdy pomocy udziela ktoś inny niż ten, z kim chory ma najbardziej gorący związek. Utrata dystansu, wchodzenie za blisko nie pozwala mądrze pomóc i dojrzeć problemów. Trzeba zachować optymalny dystans, który pozwala rozwijać się, szukać przestrzeni dla autonomii, wyrażania siebie. Wielki psychiatra, Manfred Bleuler, który na początku ubiegłego wieku grupę podobnych psychoz nazwał schizofrenią, powiedział, że naszym pacjentom pomaga wszystko to, co pomaga też naszym dzieciom.

 

Czy z choroby psychicznej można się uwolnić?

 

- Pokutuje stereotyp nieuleczalności choroby psychicznej. Zdarza się, że matka stwierdza: „Proszę mi raczej powiedzieć, że mój syn choruje na raka, a nie, że ma schizofrenię". Ten stereotyp, sposób myślenia o chorobie, pochodzi z XX wieku, Wiele pokoleń psychiatrów naszego wieku zostało ukąszonych wielką „iluzją klinicystów" - jak określają to brytyjscy psychiatrzy Paticia Cohen i Jacob Cohen. Dlaczego? Bo przez całe swoje zawodowe życie przebywali za murami szpitali psychiatrycznych i kontaktowali się najczęściej z tą samą, relatywnie niewielką grupą wciąż wracających do szpitala pacjentów. Tych o najgorszym przebiegu choroby. Na początku ubiegłego wieku pacjent miał małe szansę, by opuścić szpital, tylko 10 procent chorych go opuszczało. Później, w latach 60., wypisywani ze szpitala pacjenci wracali do środowiska, które było dla nich traumatyczne. I to powodowało, że ciągle wracali do szpitala. To była psychiatria „kręcących się drzwi". Psychiatrzy nie widzieli tych chorych, którzy zmagali się z życiem, radzili sobie, zdrowieli, lecz tylko tych najciężej chorujących i na ich podstawie tworzyli obraz choroby. Wreszcie, wraz z reformą opieki psychiatrycznej w Europie, psychiatrzy poszli z pacjentami do ich środowiska. Przestali, jak mówi Klaus Doerner, pisać historie choroby, a zaczęli pisać historie życia z chorobą. Bo jest olbrzymia różnorodność przebiegu choroby. Nawet w przypadku bliźniąt jednojajowych o identycznym zapisie genetycznym, jeśli jeden z nich się rozchoruje, to ryzyko w przypadku drugiego wynosi 40 procent. Jest olbrzymia przestrzeń poza genetyką. Poligeniczność dziedziczenia choroby psychicznej przypomina uwarunkowania cukrzycy lub nadciśnienia tętniczego. Część osób zdrowieje, ale epizod choroby nie znika baz śladu.

 

Pamiętam, jak na zajęciach z psychologii klinicznej mówiono o defekcie schizofrenicznym - o tym, że chory jest inny niż przed chorobą...

 

- To właśnie bardzo zależy od tego, czy widzimy chorobę, czy osobę chorującą z jej ukrytym potencjałem zdrowia.. Choroba psychiczna jest doświadczeniem granicznym i zostawia podobne ślady w psychice jak przeżycie intensywnej traumy, granicznego doświadczenia. Antoni Kępiński opisał osoby, które przeżyty obozy koncentracyjne. To są ludzie, którzy mają więcej nieufności do świata, są bardziej drażliwi. Mają więcej poczucia niezrozumienia ze strony świata. Dobrze czują się tylko wśród tych, którzy przeżyli to samo doświadczenie. Są bardziej wrażliwi na zjawiska, nad którymi inni przechodzą do porządku dziennego. Przeżywają lęk w snach, w których dochodzi do aktualizacji wspomnień. Podobnie osoby chorujące psychicznie - choć zdrowieją, gdzieś tam w tyle głowy mają pamięć choroby i obawę, że może wrócić. Ostry epizod choroby jest bardzo trudny, ale trwa krótko, a potem jest całe życie z chorobą.

 

Jak żyć? Czym jest to zdrowe „ja"?

 

- To wszystko, co jest w nas zdrowe. Autyzm - osiowy objaw choroby psychicznej - oznacza zanurzenie się w swój świat, oddzielanie się od świata zewnętrznego. Jego ocena, tak jak wszystkich innych objawów, zależy od relacji, od tego, co dzieje się między nami. Jeśli gram z chorym w szachy i on wygra, to wydaje się natychmiast mniej autystyczny. Trzeba w różnych sytuacjach doświadczyć tej wspólnej obecności. W hotelach „U Pana Cogito" osoby po wielu latach chorowania znajdują miejsce pracy, pełne włączenie w życie społeczne. Włożyli wielki wysiłek w zrozumienie swej choroby i pokonywanie jej. A „U Pana Cogito" stwarza im kontekst, w którym mogą wrócić do wspólnoty. Wychodzą z roli osoby chorującej psychicznie i podejmują różne role: kelnera, przyjaciela, członka stowarzyszenia. Nie zapominają, że chorowali, ale ta rola nie jest na pierwszym planie. Pensjonat „U Pana Cogito" jest zarazem centrum edukacji. Osoby chorujące opowiadają o swej chorobie, uczą - na przykład studentów medycyny - jak ją rozumieć. Dzięki temu mogą oni spojrzeć na chorych inaczej niż wtedy, gdy pokazuje się im pacjenta i jego objawy. Pensjonat „U Pana Cogito" daje miejsca pracy, edukuje różne grupy zawodowe. Dwa i pół tysiąca osób rocznie przychodzi tu, by świętować imieniny, stulecie babci, zawarcie małżeństwa. Ten projekt pokazuje możliwość integracji we wspólnocie poprzez pracę zawodową. Jest symbolem przestania, by żyć, mieszkać, pracować i leczyć się w lokalnej wspólnocie. Ta idea jest zapisana w Narodowym Programie Ochrony Zdrowia Psychicznego. I środowiska skupione wokół tej idei zostały w 2007 roku laureatem konkursu Pro Publico Bono.

 

Gratuluję i dziękuję za rozmowę.

 

 

 

10.05.2017
Deklaracja I Kongresu Zdrowia Psychicznego!
25.04.2017
Polecamy tekst do przeczytania w wolnej chwili...
30.03.2017
Zapraszamy na I Kongres Zdrowia Psychicznego w Warszawie! Termin 8 maja 2017 rok.
13.03.2017
List Otwarty do Pani Premier Beaty Szydło w sprawie Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego w Polsce
21.11.2016
Badanie PATHWAYS - UNIWERSYTET JAGIELLOŃSKI
20.10.2016
Co dalej w sprawie NPOZP w Polsce?
17.10.2016
Wizyta Rzecznika Praw Obywatelskich w Stowarzyszeniu Rodzin "Zdrowie Psychiczne"
14.08.2016
Nowy projekt Stowarzyszenia! - "Osoba z niepełnosprawnością psychiczną – wartościowy pracownik."
04.07.2016
Od 1 kwietnia wystartował projekt "Młodzi niepełnosprawni - wzór aktywności zawodowej" na lata 2016-2018
22.06.2016
Dr Konstanty Radziwiłł, Minister Zdrowia, w Sejmie RP, 11 maja 2016. Niestety .... :(
Projekt i wykonanie SIT